Relacja z dzikiej Islandii: fiordy, lodowce i wodospady

Cel wyprawy

Chcieliśmy zobaczyć Islandię nieznaną, dziką, z dala od typowych tras turystycznych. W planie były fiordy wschodnie, północ, południe, wodospady, lodowce, kaniony, maskonury i miejsca, do których nie dociera większość turystów. Chodziło o prawdziwy kontakt z wyspą, przyrodą i codziennym rytmem życia na Islandii.

Ale oczywiście nie chcieliśmy też pominąć tych najbardziej znanych miejsc – islandzkich “wież Eiffla”, które może i są oblegane, ale absolutnie warte zobaczenia. Bo trudno wyobrazić sobie Islandię bez takiego klasyka jak Złoty Krąg, wodospad Skógafoss czy czarna plaża Reynisfjara – to właśnie te miejsca nadają całej podróży ten „pocztówkowy” klimat.

Liczba uczestników

Grupa liczyła 8 osób + kierowca/opiekun. Mała grupa pozwalała nam dostosować tempo, zatrzymywać się w miejscach, które przyciągały uwagę i po prostu spędzać czas razem, bez pośpiechu.

Noclegi

Mieliśmy cztery różne miejsca na trasie i każde miało swój charakter:

  • Reykjavík – pierwszą noc po przylocie z różnych miast Polski spędziliśmy w apartamencie. Po całym dniu podróży mogliśmy odsapnąć, rozpakować się i pierwszego wieczora przespacerować po okolicy, zobaczyć miasto o zmierzchu. Z całą grupą zapoznaliśmy się i zaczęliśmy integrację następnego dnia po wymeldowaniu.

  • Północ Islandii – w Akureyri nocowaliśmy w przytulnym domu. Wieczorem niektórzy wybrali się na rejs na wieloryby, inni spacerowali po Stolicy Północy, pili herbatę i rozmawiali do późnych godzin nocnych, podziwiając jasne, letnie noce, gdy słońce praktycznie nie zachodziło.

  • Wschód Islandii – tu spędziliśmy dwie noce w letniej rezydencji islandzkiej rodziny. Drewniany dom miał pięć sypialni, dwie łazienki i duży teren z lasem i rzeczką. Wnętrze było pełne islandzkiego ducha: drewno, lokalne fotografie, drobne pamiątki. Czuło się, jakbyśmy zostali wpuszczeni do życia islandzkiej rodziny – rano można było wyjść na taras, napić się kawy i patrzeć na rzekę i lasy dookoła. Wieczorami siadaliśmy przy wspólnym stole, gotowaliśmy, rozmawialiśmy i po prostu dobrze się razem bawiliśmy.

 

  • Południe Islandii – ostatnie trzy noce spędziliśmy w nowym domu z pięcioma sypialniami i przestronną kuchnią i jadalnią. Po intensywnych dniach zwiedzania mogliśmy wsiąść do jacuzzi na tarasie, napić się drinka i obserwować rozległą przestrzeń dookoła. Dom był przestronny, minimalistyczny, ale z wyczuwalnym islandzkim stylem – tekstury drewna, otwarte przestrzenie, duże okna, przez które wpadała dzika, surowa natura. Rano większość z nas wychodziła z kubkiem kawy i siedziała przy oknie, obserwując mgłę ale szukała grzybów, których było pełno.

Wyżywienie

Codziennie rano zaczynaliśmy od śniadania w naszych domach lub apartamentach – czasem grupowo robiliśmy je wspólnie, krojąc świeże pieczywo, smażąc jajka czy przyrządzając kawę. Dla tych, którzy woleli chwilę spokoju, była też opcja zjedzenia samodzielnego śniadania w pokoju.

W trakcie dnia, gdy byliśmy w trasie, często korzystaliśmy z liofilizowanych posiłków – szybkie do przygotowania na Jetboil, który lider wyprawy woził ze sobą. Wystarczyło 60 sekund wrzątku i mieliśmy ciepły obiad w dowolnym miejscu – przy wodospadzie, nad fiordem czy podczas trekkingu. Kto wolał „normalne jedzenie”, mógł wpaść do lokalnej knajpki jeśli tylko była taka możliwość. Nasz lider zawsze wiedział, gdzie warto zajechać – i faktycznie zawsze trafialiśmy na świetne miejscówki, gdzie podawano świeżą rybę, krewetki czy lokalne przysmaki.

Po drodze codziennie robiliśmy też zakupy w lokalnym supermarkecie – ciekawostka: kasy samopostrużowe miały menu po polsku, więc łatwo było się odnaleźć. Kupowaliśmy, co kto chciał – czasem składniki na kolację, czasem przekąski na trekking. Wieczorami, już w domach, zdarzało się wspólnie urządzić grilla, przygotowywać krewetki czy rybę – nieformalnie, bez pośpiechu, z lampką czegoś do picia, gadką o tym, co widzieliśmy tego dnia. 

Przykładowe ceny, żeby mieć realny obraz:

W terenie i restauracjach:

  • Hot dogi u Polaka w Akureyri – 30–70 zł

  • Obiad mięsny w lokalnej knajpce – 200 zł bez napojów

  • Opcja wege – 100–150 zł

  • Lokalne owoce morza (np. krewetki, ryba świeża) – 20–50 zł za porcję

  • Zupa z jagnięciny na fiordach – ok. 30–50 zł

  • Napój gazowany lub woda 0,5 l – 8–15 zł

Produktów w supermarkecie:

  • Chleb – 30 zł

  • Masło – 12–15 zł

  • Skyr – 15 zł

  • Wędlina – 20 zł

  • Ryba lokalna – 50–100 zł/kg

  • Owce (żebro, noga, udo) – 250 zł/kg

  • Krewetki – 40–80 zł

  • Suszony rekin – 50 zł za 100 g

  • Sok, napój 0,5 l – 10–15 zł

  • Cola/Red Bull 0,5 l – 8 zł
Tu nawet zupa liofilizowana smakuje jak z Michelin’a.
Islandzki klasyk – skromny z wyglądu, legendarny w smaku

Transport i logistyka

Całą trasę pokonywaliśmy wygodnym samochodem z kierowcą – duży, przestronny, z mnóstwem miejsca na bagaże i sprzęt trekkingowy.

Przejazdy na Islandii były długie – dookoła wyspy zrobiliśmy spory kawałek, ale trasa była tak poukładana, że w ogóle nie odczuwało się zmęczenia. Planowaliśmy przejazdy w blokach po 2–4 godziny, z przystankami na zdjęcia, kawę czy szybki trekking. Jeśli komuś podobał się widok, mogliśmy zatrzymać się na tyle czasu, ile chcieliśmy – a w drodze zawsze były miejsca, które aż prosiły się o krótki postój.

Widok z okna lepszy niż z pierwszej klasy.

Mało znane smaczki, które zachwyciły nas najbardziej

Na Islandii najbardziej zapadły nam w pamięć miejsca, o których lider mówił: „tu nie dociera zwykły turysta, korzystajmy, bo wkrótce to się zmieni”.

Maskonury we wschodnich fiordach

Wspinając się wysoko nad zatoką, mieliśmy przed sobą tysiące maskonurów, które krążyły nad wodą i klifami. To było miejsce dzikie, prawie nietknięte przez turystów, i naprawdę czuło się bliskość natury.

Kanion odkryty przez pasterza – top 1 Karoliny

To osobista ulubiona atrakcja Karoliny – właścicielki biura Przystanek Północ. Kanion odkryty dopiero w 2017 roku przez przypadek, kiedy pasterz zgubił owcę i poszedł jej szukać. Rzeka w środku ma najdłuższy lazurowy nurt w Islandii, a trekking wzdłuż niej zajmuje 2 km w jedną stronę – atrakcja zyskuje na popularności (zwłaszcza na Instagramie), a infrastruktura turystyczna wokół kanionu dopiero powstaje. 

Renifery we wschodnich fiordach

Przemierzając fiordy wschodnie, wypatrywaliśmy dzikie renifery, które są tu u siebie – wolne, bez żadnej hodowli, około 30 tysięcy sztuk.

Spa 5⭐ bez rezerwacji i tłumów – tylko my i wodospad (i trochę błota).

Dzikie źródło pod wodospadem w Akureyri

 

Na północy trafiliśmy na mało znaną miejscówkę – dzikie źródło tuż pod wodospadem. To nasz smaczek, gdzie można wskoczyć do gorącej wody po całym dniu w trasie, w otoczeniu naturą i w ciszy, której w turystycznych miejscach po prostu nie znajdziesz.

Znane atrakcje, które są warte swojego “hype’u”.

Islandia ma też swoje „must-see”, które nie zawodzą. Poniżej lista.

Lodowcowa laguna i diamentowa plaża

Zobaczyliśmy gigantyczne bryły lodu unoszące się po lagunie, a między nimi figlowały foki. Na diamentowej plaży kawałki lodu lśniły w słońcu jak prawdziwe klejnoty.

Gejzer

Gejzer wyrzucał wodę co kilka minut na 30 metrów wysokości, a para tworzyła drobne tęcze w słońcu. 

Wodospad Gullfos

Dwupoziomowa kaskada, która spada z wysokości ponad 30 metrów w wąski kanion. Woda wali z taką siłą, że po chwili jesteś cały w drobnej mgle, a aparat ledwo nadąża z odparowywaniem soczewki. W słońcu tworzy się tęcza.

Thingvellir i płyty tektoniczne

Chodziliśmy między Europą a Ameryką – dosłownie. Po jednej stronie płyta euroazjatycka, po drugiej amerykańska, a my w środku jak między dwoma światami. Do tego historia pierwszego islandzkiego parlamentu z X wieku – miejsce, gdzie geologia spotyka się z polityką sprzed tysiąca lat.

Skógafoss i czarne plaże

Wodospad walił tak, że czuliśmy drgania w klatce piersiowej, a 15 minut dalej trafiliśmy na plażę jak z innej planety – czarny piasek, a w tle klify i lodowiec. Wzburzone fale oceanu przypominały, że to miejsce rządzi się własnymi, niebezpiecznymi prawami – wyglądało to jakby ktoś ustawił scenerię pod film o końcu świata. 

Największe plusy wyprawy według grupy

Największym atutem była mała grupa – 8 osób. Dzięki temu każdy mógł liczyć na elastyczność. Jeśli ktoś chciał spędzić więcej czasu przy wodospadzie lub w miasteczku na lunch’u, to po prostu mogliśmy dopasować tempo. 

Spaliśmy w domkach o dobrym standardzie, w miejscach, które same w sobie były przygodą: drewniane wnętrza, przestrzeń, lasy, rzeczki, widoki, poranna kawa z panoramą fiordów. Taki nocleg dawał poczucie bycia częścią kultury Islandii i komfort, którego nie da się przecenić po całym dniu w trasie.

Bliskość przyrody to kolejny plus. Foki na plaży, maskonury wysoko na klifach, renifery, dzikie ptactwo, wieloryby – wszystkie te spotkania były wyjątkowe, a liderka wyprawy opowiadała o nich mega dużo ciekawostek. Zresztą kilka z nich można znaleźć w tym arktycznym podcaście. Szczególnie rejs na wieloryby w Akureyri zrobił ogromne wrażenie. Białe noce, słońce nie zachodzi, wyruszyliśmy o 20 i spędziliśmy ok. 3h na morzu, obserwując wieloryby, orki i płetwale z bezpiecznej odległości. Biolodzy morscy opowiadali o każdym zwierzęciu, a łodzie nie hałasowały ani nie zakłócały spokoju zwierząt – po prostu pełen szacunek dla natury.

Jednym z najmocniejszych punktów wycieczki była spontaniczna decyzja, gdy dowiedzieliśmy się o erupcji wulkanu. Lider natychmiast zmienił plan, zorganizowała przejazd i trekking. Po godzinie staliśmy już około półtora kilometra od wyrwy, patrząc, jak z ziemi wydobywa się kurtyna płynącej lawy. 

Jeśli chcesz przeżyć Islandię właśnie w taki sposób – autentycznie, blisko natury i z ludźmi, dla których podróż to coś więcej niż zaliczanie punktów na mapie – zobacz letnie wyprawy na Islandię Przystanku Północ tutaj:

👉 Sprawdź wycieczki na Islandię