Przystanek:Północ
Karolina Stępniewska
NIP: 8222358663
REGON: 367137163
Nr konta: 40 1050 1894 1000 0090 8292 8491
Chcieliśmy zobaczyć Islandię nieznaną, dziką, z dala od typowych tras turystycznych. W planie były fiordy wschodnie, północ, południe, wodospady, lodowce, kaniony, maskonury i miejsca, do których nie dociera większość turystów. Chodziło o prawdziwy kontakt z wyspą, przyrodą i codziennym rytmem życia na Islandii.
Ale oczywiście nie chcieliśmy też pominąć tych najbardziej znanych miejsc – islandzkich “wież Eiffla”, które może i są oblegane, ale absolutnie warte zobaczenia. Bo trudno wyobrazić sobie Islandię bez takiego klasyka jak Złoty Krąg, wodospad Skógafoss czy czarna plaża Reynisfjara – to właśnie te miejsca nadają całej podróży ten „pocztówkowy” klimat.
Grupa liczyła 8 osób + kierowca/opiekun. Mała grupa pozwalała nam dostosować tempo, zatrzymywać się w miejscach, które przyciągały uwagę i po prostu spędzać czas razem, bez pośpiechu.
Mieliśmy cztery różne miejsca na trasie i każde miało swój charakter:
Codziennie rano zaczynaliśmy od śniadania w naszych domach lub apartamentach – czasem grupowo robiliśmy je wspólnie, krojąc świeże pieczywo, smażąc jajka czy przyrządzając kawę. Dla tych, którzy woleli chwilę spokoju, była też opcja zjedzenia samodzielnego śniadania w pokoju.
W trakcie dnia, gdy byliśmy w trasie, często korzystaliśmy z liofilizowanych posiłków – szybkie do przygotowania na Jetboil, który lider wyprawy woził ze sobą. Wystarczyło 60 sekund wrzątku i mieliśmy ciepły obiad w dowolnym miejscu – przy wodospadzie, nad fiordem czy podczas trekkingu. Kto wolał „normalne jedzenie”, mógł wpaść do lokalnej knajpki jeśli tylko była taka możliwość. Nasz lider zawsze wiedział, gdzie warto zajechać – i faktycznie zawsze trafialiśmy na świetne miejscówki, gdzie podawano świeżą rybę, krewetki czy lokalne przysmaki.
Po drodze codziennie robiliśmy też zakupy w lokalnym supermarkecie – ciekawostka: kasy samopostrużowe miały menu po polsku, więc łatwo było się odnaleźć. Kupowaliśmy, co kto chciał – czasem składniki na kolację, czasem przekąski na trekking. Wieczorami, już w domach, zdarzało się wspólnie urządzić grilla, przygotowywać krewetki czy rybę – nieformalnie, bez pośpiechu, z lampką czegoś do picia, gadką o tym, co widzieliśmy tego dnia.
Przykładowe ceny, żeby mieć realny obraz:
W terenie i restauracjach:
Produktów w supermarkecie:
Całą trasę pokonywaliśmy wygodnym samochodem z kierowcą – duży, przestronny, z mnóstwem miejsca na bagaże i sprzęt trekkingowy.
Przejazdy na Islandii były długie – dookoła wyspy zrobiliśmy spory kawałek, ale trasa była tak poukładana, że w ogóle nie odczuwało się zmęczenia. Planowaliśmy przejazdy w blokach po 2–4 godziny, z przystankami na zdjęcia, kawę czy szybki trekking. Jeśli komuś podobał się widok, mogliśmy zatrzymać się na tyle czasu, ile chcieliśmy – a w drodze zawsze były miejsca, które aż prosiły się o krótki postój.
Na Islandii najbardziej zapadły nam w pamięć miejsca, o których lider mówił: „tu nie dociera zwykły turysta, korzystajmy, bo wkrótce to się zmieni”.
Wspinając się wysoko nad zatoką, mieliśmy przed sobą tysiące maskonurów, które krążyły nad wodą i klifami. To było miejsce dzikie, prawie nietknięte przez turystów, i naprawdę czuło się bliskość natury.
To osobista ulubiona atrakcja Karoliny – właścicielki biura Przystanek Północ. Kanion odkryty dopiero w 2017 roku przez przypadek, kiedy pasterz zgubił owcę i poszedł jej szukać. Rzeka w środku ma najdłuższy lazurowy nurt w Islandii, a trekking wzdłuż niej zajmuje 2 km w jedną stronę – atrakcja zyskuje na popularności (zwłaszcza na Instagramie), a infrastruktura turystyczna wokół kanionu dopiero powstaje.
Przemierzając fiordy wschodnie, wypatrywaliśmy dzikie renifery, które są tu u siebie – wolne, bez żadnej hodowli, około 30 tysięcy sztuk.
Na północy trafiliśmy na mało znaną miejscówkę – dzikie źródło tuż pod wodospadem. To nasz smaczek, gdzie można wskoczyć do gorącej wody po całym dniu w trasie, w otoczeniu naturą i w ciszy, której w turystycznych miejscach po prostu nie znajdziesz.
Islandia ma też swoje „must-see”, które nie zawodzą. Poniżej lista.
Zobaczyliśmy gigantyczne bryły lodu unoszące się po lagunie, a między nimi figlowały foki. Na diamentowej plaży kawałki lodu lśniły w słońcu jak prawdziwe klejnoty.
Gejzer wyrzucał wodę co kilka minut na 30 metrów wysokości, a para tworzyła drobne tęcze w słońcu.
Dwupoziomowa kaskada, która spada z wysokości ponad 30 metrów w wąski kanion. Woda wali z taką siłą, że po chwili jesteś cały w drobnej mgle, a aparat ledwo nadąża z odparowywaniem soczewki. W słońcu tworzy się tęcza.
Chodziliśmy między Europą a Ameryką – dosłownie. Po jednej stronie płyta euroazjatycka, po drugiej amerykańska, a my w środku jak między dwoma światami. Do tego historia pierwszego islandzkiego parlamentu z X wieku – miejsce, gdzie geologia spotyka się z polityką sprzed tysiąca lat.
Wodospad walił tak, że czuliśmy drgania w klatce piersiowej, a 15 minut dalej trafiliśmy na plażę jak z innej planety – czarny piasek, a w tle klify i lodowiec. Wzburzone fale oceanu przypominały, że to miejsce rządzi się własnymi, niebezpiecznymi prawami – wyglądało to jakby ktoś ustawił scenerię pod film o końcu świata.
Największym atutem była mała grupa – 8 osób. Dzięki temu każdy mógł liczyć na elastyczność. Jeśli ktoś chciał spędzić więcej czasu przy wodospadzie lub w miasteczku na lunch’u, to po prostu mogliśmy dopasować tempo.
Spaliśmy w domkach o dobrym standardzie, w miejscach, które same w sobie były przygodą: drewniane wnętrza, przestrzeń, lasy, rzeczki, widoki, poranna kawa z panoramą fiordów. Taki nocleg dawał poczucie bycia częścią kultury Islandii i komfort, którego nie da się przecenić po całym dniu w trasie.
Bliskość przyrody to kolejny plus. Foki na plaży, maskonury wysoko na klifach, renifery, dzikie ptactwo, wieloryby – wszystkie te spotkania były wyjątkowe, a liderka wyprawy opowiadała o nich mega dużo ciekawostek. Zresztą kilka z nich można znaleźć w tym arktycznym podcaście. Szczególnie rejs na wieloryby w Akureyri zrobił ogromne wrażenie. Białe noce, słońce nie zachodzi, wyruszyliśmy o 20 i spędziliśmy ok. 3h na morzu, obserwując wieloryby, orki i płetwale z bezpiecznej odległości. Biolodzy morscy opowiadali o każdym zwierzęciu, a łodzie nie hałasowały ani nie zakłócały spokoju zwierząt – po prostu pełen szacunek dla natury.
Jednym z najmocniejszych punktów wycieczki była spontaniczna decyzja, gdy dowiedzieliśmy się o erupcji wulkanu. Lider natychmiast zmienił plan, zorganizowała przejazd i trekking. Po godzinie staliśmy już około półtora kilometra od wyrwy, patrząc, jak z ziemi wydobywa się kurtyna płynącej lawy.
Jeśli chcesz przeżyć Islandię właśnie w taki sposób – autentycznie, blisko natury i z ludźmi, dla których podróż to coś więcej niż zaliczanie punktów na mapie – zobacz letnie wyprawy na Islandię Przystanku Północ tutaj:
👉 Sprawdź wycieczki na Islandię